Spokojnym krokiem zmierzałem do pobliskiej rzeki by się napić. Śnieg skrzypiał pod moimi łapami, które zapadały się w miękkim puchu. Przez przypadek otarłem się bokiem o krzak nieznanej mi rośliny. Cały śnieg z gałęzi zleciał mi na głowę i grzbiet. Zakląłem pod nosem i otrzepałem się szybko, by śnieg nie przedostał się pod futro. Ruszyłem dalej już bez żadnych niespodzianek. Kiedy dotarłem nad rzekę pojawił się problem, woda zamarzła przy brzegu i tylko na środku nie było lodu. Ostrożnie zacząłem stąpać po lodzie aż udało mi się dojść do środka. Szybko napiłem się i już miałem wracać gdy usłuszałem trzaśnięcie. Lód zaczął pękać! Wbrew rozsądkowi uskoczyłem, niestety uderzenie łapami przy lądowaniu złamało lód. Wpadłem do wody. Zimna ciecz wlała mi się do nosa i uszu, szybko wyplynałem na powierzchnię i oparłem lapy o ostre krawędzie lodu. Powoli wciągnąłem się z powrotem i szybko przeszłem na bezpieczny brzeg. Tam się otrzepałem. Nagle usłyszałem czyjś śmiech. Zaraz zobaczymy czy temu komuś będzie do śmiechu. Warknąłem, skoczyłem i wepchnąłem psa do wody. Zamachał bezradnie łapami. Teraz to ja się zaśmiałem, ale nie chichotem tylko głośnym śmiechem szaleńca.
-I co? Miło ci?-warknąłem i spojrzałem twardo w jego oczy. Nie byłem pewien czy to pies czy suka, nie przyjrzałem się. Położyłem się na śniegu i przyglądałem jak ten probuje wyleżć na brzeg. W końcu złapałem go zębami za skórę na karku i wyciągnąłem na brzeg.
<Ktoś?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz